|
|
poniedziałek, 08 czerwca 2009
Babcia-Wiedźma
Zmarła Babcia-Wiedźma.
Kiedy wprowadziliśmy się tu ponad trzy lata temu zwróciliśmy uwagę na staruszkę karmiąca bezdomne koty na sasiedniej posesji. Za staruszką chodził jak cień jeden z nich, piękny czarnulek, widac zakochany w niej po uszy. Cudna para. Kiedyś Mąż powiedział staruszce dzień dobry, na co ona splunęła mu pod nogi. Nie wiedzieliśmy, skąd ten atak gniewu u malutkiego, zasuszonego grzybka. Okazało się, że ta pani karmiła koty na terenie naszego ogródka, kiedy dom przez kilka lat był niezamieszkany i nasze pojawienie się pokrzyzowało jej i kotom plany. Na szczęście całe to towarzystwo przeniosło się dwa domy dalej, do kolejnego pustostanu, więc nie mięliśmy wyrzutów sumienia, że zwierzaki nie mają gdzie jeść.Starzy ludzie nie lubią jednak zmian i się Mężowi dostało. Kiedy skończyliśmy remont i woprowadziliśmy się, a z nami nasze zwierzęta Babcia odpuściła, czasem nawet zagadała, a że była głucha jak pień rozmowy bywały nieco chropawe. Początków nie moglismy jednak zapomnieć i Babcia dostała ksywę Babcia-Wiedźma.
Babcia-Wiedźma mieszkała z kuzynką, nieco młodszą ale też leciwą. Codzień widac je było na osiedlu, siedzące na którejs z ławek pod wiezowcem, albo przy bazarku, dwie kulki w ubraniach z lat osiemdziesiatych, z dwoma grubymi , wyleniałymi psami. Ostatnio częściej widywałam jedną, tą młodsza, ale myślałam, że Babcia-Wiedźma dojdzie do siebie w lecie. A ona poszła, ale do nieba. I serce mi się ściska i w gardle rośnie wielka kula kiedy widzę jej przyjacółkę, jak siedzi sama na ławce, gdzie zawsze były we dwie. Trudno pogodzić się z tym, że już nigdy.
Dowiedziałam się, że Babcia miała na imię Anka."Umarła mi moja Anka" powiedziała jej kuzynka.
Żegnaj, Anka.
środa, 20 maja 2009
Tysiąc sześćset pand.
Tyle misiów panda mam zrobić z papiermache do czerwca przyszłego roku. Da mi to miesiecznie niewielką pensję, akurat na opłacenie żłobka małemu i kieszonkowe. A nie napracuję się za bardzo, do pracy zaś bedę miała jakieś...10 kroków, bo do swojej własnej pracowni. Szykują się wielkie zmiany w naszym tu życiu. Grochowaty ma iść, (że idzie to nie napiszę żeby nie zapeszyc, jak odmówi współpracy), no więc ma iść do żłobka, ja mam dużo pracy, Mąż bardzo dużo pracy, dobudowujemy taras i pokój do naszego domku Magnolii, wymieniamy i powiększamy okna w pracowni, zarezerwowałam wczasy nad morzem, w Rowach. Jeszcze nigdy nie byliśmy z mężem, ani znajomymi na WCZASACH. Zawsze jakiś namiot, na dziko, z gotowaniem na ognisku i myciem w rzece czy jeziorze. A tu domek, panie, z kuchnią, łazienka i cena 250 zł. za dobę, na szczęście dzielone na 4 osoby.Gdyby nie dzieci pewnie spływalibyśmy znów jakąś rzeką, albo pławili się w nieróbstwie nad Soliną, pływajac co drugi dzień do sklepu po skrzynkę piwa, ziemniaki, kiełbasę i chleb. Oczywiście nie zapominać o cebuli:) Domek. To brzmi dumnie:) Grochowaty u moich Rodziców na Podkarpaciu a ja tu zamiast zasuwać w pracowni i robić półtorametrową foke siedzę przy kompie i internetuję. Jakoś te wszystkie plany, wizja odzyskanej dla siebie części dnia, kiedy mały będzie w żłobku, wizja że zarobię na to SAMA w końcu, po trzech latach , wyjazd z Groszkiem, który pewnie bedzie najszczęśliwszym dzieciakiem na Ziemi nad tym morzem, och, to wszystko wzbudza we mnie taka radość ! Za tydzień mam na Polach Mokotowskich spotkanie z mamami wcześniaków z naszego wcześniaczego forum. Trochę się boję, bo może mnie nieśmiałość zeżreć i wyjdę na mało ciekawego mruka, ale jak nie pójdę, to stchórzę, a mały nie pozna fajnych kumpelek i kumpli , towarzyszy broni, dzieci tak jak i on cudem uratowanych , wydartych śmierci. Tak to tam na tym oddziale intensywnej terapii dla wcześniaków wyglada-alarmy, reanimacje co chwila, a każda taka chwila to kolejny raz, kiedy się udało dziecko przywrócic do życia, przestaje być szare, zaczyna oddychać, ruszać sie. A ty siedzisz w kąciku cała spocona, w piersiach boli bo jak moje dziecko przestawało przy mnie oddychać, to i ja jakoś nie oddychałam. Wszystkie kobiety, jakie spotkam za tydzień przeszły to samo, i wszystkie dzieci.Jeszcze nigdy nie byłam na takim spotkaniu. Ten Grochowy żłobek to integracyjne przedszkole montessori. Wydaje mi się, że to najlepsze rozwiazanie dla małego, przebywanie między dziećmi w swoim wieku, w willi z ogrodem, pod okiem specjalistów, 5 minut spacerem od naszego domu, za , bagatela, 1200 zł. miesięcznie;) Ja już czasem znużona jestem monotonią siedzenia tu tylko z Grochem, on też nudzi się z powodu braku nowych doznań, chociaż chodzimy codzień na plac zabaw, ba, jeździmy po różnych, żeby było ciekawiej. Ale zarówno ja, jak i Groch ze szczerą radością witamy wszelkich gości, bo czasem sobą też można się przejeść, nawet takim najsłodszym dzieciakiem, jak Grochowaty. A za rok , jak wszystko z nim będzie w miarę w porządku będzie chodził do przedszkola u sióstr zakonnych, za 375 zł. i jeszcze bliżej, niż montessori.Ale to jak wszystko będzie dobrze... Tak więc podjęta decyzja uwolniła mnie od wizji siedzenia w domu do końca życia, bo jakoś tak chyba dopiero teraz się obudzilam. I lato, lato wielkimi krokami idzie tu do nas, czereśnie na naszym drzewie niedługo będą się nadawać do konsumpci! Najlepsze są takie prosto z drzewa, ciepłe od Słońca, i oczywiście niemyte:) Ciekawe, ile będzie w stanie ich zjeść Grochowaty, i jak silnej po tym dostanie sraczki;)
piątek, 27 marca 2009
Taki zwykły piątek.
Najpierw napiszę to, czego pisać się boję, bo jeszcze w to nie wierzę , przyzwyczajam się, przekonuję. Albowiem-podobno mój syn nie będzie dzieckiem w widoczny sposób niepełnosprawnym. Podobno będzie normalnie chodził, biegał za piłką, może"trochę słabiej ją kopał", ale to też może.Nadal jest mnóstwo pracy, nad rękami, nogami oczywiście też, niezbędna jest stała kontrola całego tego młodego człowieka, gadanie, chodzenie, bawienie i wszystko. Podobno MPD, które miało spowodować u Grochowatego widoczną niepełnosprawność jakimś cudem sie skryło, i to prawdopodobnie już na zawsze. A ja cały czas nie mogę się do tego przyzwyczaić. Jak to, a te wszystkie objawy, zmartwione spojrzenia rehabilitantek, lekarzy, niedomówienia, ostrzeżenia, że "lepiej wiedziec o problemie i się do niego przyzwyczaić", zanim stanie się bardzo widoczny. U Grochowatego już jest widoczny, ALE ZAMIAST CORAZ BARDZIEJ, TO CORAZ MNIEJ. I to jest zadziwiające, na dodatek nie tylko dla mnie, ale dla wszystkich opiekujących się nim specjalistów. Ostatnia wizyta u naszej neurolog ( która jest dla mnie wzorem profesjonalizmu, naukowca łączącego w sobie pasję i prawdziwą życzliwośc dla dzieci, choć nie oszczędza prawdy ich rodzicom), no więc ta ostatnia wizyta przyniosła ten werdykt. Pani dr chodziła wokoło małego, zadawała mu różne ćwiczenia, zdumiona, że na jej prośbę robi przysiady, ŻE W OGÓLE JEST W STANIE JE ROBIĆ, bo miał nie wstawać samodzielnie z podlogi, nie biegać, nie wchodzić po schodach. To było przedwczoraj, a ja wciąż nie wierzę, wciąż jestem mamą niepełnosprawnego dziecka. Jeśli to nie sen, jeśli to prawda, jeśli mój synek to zwykłe dziecko, to nasz poczatek był najwiekszą, najdramatyczniejszą, najmądrzejszą historią, jaka zdarzyła się w moim życiu, i jeszcze trwa, bo mały nie porusza się normalnie, ale podobno BĘDZIE. Robi ogromne kroki w tym kierunku. Szok, szok, szok. No dobrze, koniec z tym tematem, nie chcę więcej na razie o tym myśleć, bo jak się okaże, że to sen, to chyba zwariuję. Na razie wystarczy. Spokojnie, Kasiu. Dziś miał byc fajny piątek. Mieliśmy pojechac do Ikei ze znajomym, pomóc mu wybrać meble do kuchni. Mąż miał położyć w dużym pokoju listwy przypodłogowe. Miałam zacząć na spokojnie robić pierwsze porządki świąteczne. Coś było nie tak już o 1 w nocy, kiedy niunio wstał i lamentował do 2.30.Zaczęła się era złych snów, to chyba związane z coraz bogatszą wyobraźnią. No wiec rączki, tulenie, szeptanie pocieszeń. Pobudka o 6, podmiana z Mężem ok. 7 i słodki sen do 9, bo inaczej po paru miesiącach zmieniłabym się w bohaterkę filmu "Noc żywych trupów", i to jakaś drugoplanową, najmniej aktywna postać.Po 9 kawa z chłopakami, Grochowaty zbożówka z bebilonem. Start ciężki, ale gnana nadzieją na miły dzień , z wyprawą do MIASTA, z nowym wykończeniem "salonu", ładnie wskoczyłam w swoje obowiązki. A Mąż ładnie zaczął wiercic ścianę w celu założenia pierwszej listwy. I nagle pośród wizgu wiertarki wrzask, przepraszam, ale cytuję. "Kórwa!".Wpadam do pokoju, bo taki wrzask to na prawdę wielka rzadkość,a tu mój ąż przytyka palec do ściany, wokoło mokro, on blady, maksymalnie wkurzony. Okazało się, że przewiercił rurę od kaloryfera, umieszczoną wgłąb tej ściany, woda zaczęła tryskać jak ze zdroju. Ja dostałam obowiązek siedzieć przy ścianie i trzymać palcem, a Mąż ratował sytuację, hydraulik, zawory, itd,.itp.Pjechał po znajomego hydraulika 20 km. , na szczęście wcześniej spuścił wodę z kaloryferów, bo trudno byłoby mi siedziec z palcem przy ścianie i równocześnie pilnować prawie dwuletniego(-3 mies.)chłopczyka. Na dodatek z powodu pewnych opóźnień ze strony ostatniego zlecenia jesteśmy bez pieniędzy, więc pan Mieczysław litościwie zgodził sie na zapłatę w terminie mocno odległym.Modliłam się tylko, żeby Mężowi starczyło benzyny na powrót z odwożenia pana. Dobrze, że lodówka pełna, bo coś ma wpłynąć na konto dopiero w poniedziałek.Do Ikei nie pojechalismy, w pokoju mokry gruz,z powodu braku wody wszystko brudne, nie mam grosza, no nie , nieprawda ,mam 7 zł., listwy leżą sobie dalej na podlodze, Mąż idzie na próbę swojego zespołu i czeka mnie samotny, piątkowy wieczór, a przeciez miało byc tak pięknie! Tak było przed trzema godzinami, teraz już jest czysto, pachnie, listwy dalej leżą, w portfelu dalej 7 zł., dziura załatana, przychodzi przyjaciel Grześ, więc sama nie będę w ten piątkowy wieczór, odpoczęłam sobie pisząc, małym zajmuje się Ojciec, który teraz układałby listwy, a tak ja mam chwilę dla siebie. No i to wieczne radio, które slyszę cały czas w sąsiednim pokoju, mój syn. Będzie zdrowy. Podobno.Czymże wobec tego jest źródełko-niespodzianka w ścianie i piątek nieco inny niz sobie wyobrażaliśmy? O ile to prawda...
poniedziałek, 16 marca 2009
Zakopane.
Skończyła się moja wielka wyprawa. To był strzał w dziesiątkę, taka samotna podróż. Dowiedziałam się, że nie nudzę się w swoim towarzystwie, potrafię podejmować decyzje i realizować zamierzenia, chociaż nikt mnie nie pilnuje i nie namawia.Myślałam, że będę leżeć do wieczora w łóżku i nicnierobić, a ja codziennie , punkt po punkcie i z wielką przyjemnością realizowałam plan. Ta miła, bo z wyboru samotność i nicniemówienie przez tydzień spowodowała wyostrzenie sie zmysłu obserwacji. Oto parę z nich: 1. Będąc w Zakopanem należy cały czas pamiętać, że jesteśmy gośćmi ludzi o określonym charakterze, bystrych i cwanych, a przy tym uroczych, którzy od stu lat specjalizują się w wyciąganiu dutków od ceprów. 2.Wszelkie jedzenie restauracyjne i barowe w ogromnej większości przypadków to naciąganie turysty na fałszywki, np. jedzenie z grilla nie ma nic wspólnego z tym rodzajem przyżądzania potraw, choć wchodzac do restauracji widzimy grill i piekące się na nim mięso.Po podaniu nawet nie pachnie dymem, to co się piecze jest wabikiem, a dostajemy cos innego.. Jest smarzone a w najlepszym przypadku upieczone w piecu. Ziemniaki z grilla to gotowane w skórkach zwykłe ziemniaki owinięte w folię aluminiową i położone koło ognia.Z czystym sercem i po konsultacji z tubylcami, z którymi pogawędziłam przy piwie w uroczym barze Piano mogę polecic restaurację Pstrąg Górski przy Krupówkach. Dobre, ba!, przepyszne i niedrogie, pstrąg zasmażany z oscypkiem, z dodatkami, REWELACYJNY,wielki , kosztował 22 zł. 3.Górale krzyczą. Nie wiem, czy robią to specjalnie, pod turystę, czy już tak mają, ale im bardziej etniczna góralska restauracja, tym głośniej drący się kelnerzy, szczególnie mężczyźni. Sa także mistrzami w dawaniu do zrozumienia spojrzeniem i mową ciała, że "jakbym tak mógł, to bym cię,pikne dziewce...". 4.Zakopane jest w agonii. Partery Krupówek to drogie sklepy, piętra puste, nikt nie mieszka, zmurszałe okna, wieczorem ciemno. Warszawiacy, Krakowiacy itd. wykupili budynki od górali i żyją z wynajmu parteru(od 12 do 20 tys.albo i więcej) a o górę dbać im się nie chce. Stare, drewniane domy na pięknych działkach, które wszedzie w Europie są traktowane z najwyższym szacunkiem tu niszczeją, niezamieszkałe. I tak są przeznaczone w dużej części do rozbiórki, bo coraz bardziej popularne jest kupić sobie apartament w apartamentowcu u podnóża Tater. Zakopane powinno być jednym, całym pomnikiem, tak ,jak np.Podkowa Leśna-Miasto Ogród, gdzie wszelkie nowe budowy zatwierdza architekt i komisja. Za jakiś czas zniknie stare, pachnace stuletnim domem miasto. 5. Przez tydzień obserwowałam mieszkającą na Krupówkach bezdomną sukę, śpiącą na progach nieczynnych teraz ogródków restauracyjnych. Wstyd mi było przed obcokrajowcami, którzy też zwracali na psa uwagę. Policja i straż miejska, w przeciwieństwie do nas suki nie zauważała.Czuję się w obowiazku coś zrobić, skontaktuję się z zakopiańskimi miłośnikami psów, szkoda zwierzęcia. Jesli całą zimę sobie radziła, to bohaterka, ale im wcześniej ją ktos przygarnie i oswoi, tym lepiej. 6. Góry przecudowne. Wjechałam na Kasprowy i po prostu dech mi zaparło. Zniknęłam na dwie godziny. Ocknęłam sie wmarźnięta w śnieg, z zamarźniętym na twarzy bezmyślnym uśmiechem. Na szczęście ciepłe schronienie było niedaleko. 7.Prezes, instruktor narciarski, poznany w barze Piano opowiadał mi o swoich uczniach. Najulubieńsi to niepełnosprawne dzieciaki(tak, tak! ) i zestaw babcia+ wnuk. Babcie najpierw stoją przytupujac i obserwujac nieśmiało, jak ich największe skarby pobieraja nauki a potem namówione, na porzyczonych nartach, same sobą zaskoczone oddają się z większą pasją, niż wnuczęta, białemu szaleństwu. Prezes mówi, że to bardziej go satysfakcjonuje niż zwykłe lekcje.Powiedziął też, że nie miał bardziej radosnej i chętnej do nauki grupy, niz dzieciaki z zespołem Downa. Dla mnie to odkrycie. Jak tylko Grochowaty dobije do magicznej czwórki(lat, oczywiście) zaczynamy pobierac nauki, wszyscy. Z pokoju małego, czyli małego pokoju dochodzą oznaki przebudzenia. Lecę. Albo wcześniej tego nie widziałam, albo przez ostatni tydzień syn z dzidziusia stał sie chłopcem. Jest prześliczny. I jakbym go miała określić jednym wyrazem, to jest taki promienisty, świeci od środka. I ma takie krystalicznie czyste spojrzenie, lśniące jak swierzo umyte okna.I cieszy się, w widoczny sposób, że już jestem. Pikne to.
niedziela, 01 marca 2009
Samoloty.
Byliśmy dziś na Okęciu, a raczej przy Okęciu. Jest tam takie jedno miejsce, górka usypana z niepotrzebnej ziemi, pełna smieci, butelek i ścieżek, z której ludzie obserwuja stertujące i lądujace samoloty.Jak mąż mi o tej górce powiedział i zaproponował wycieczkę myślałam, że będziemy jedynymi amatorami stania sto metrów od ladujacych samolotów. Ku mojemu zdziwieniu okazało sie, że amatorów jest wiecej, spora grupa, i nawet pies Brutus, który zakochał sie w naszej suce. Ludzie jedli chamburgery i lody z pobliskiego Makdonalda, my mięliśmy termos z cherbatą. Piknik. Mąż zgłosił pomysł, żeby ustawic tam budkę z chotdogami, balonami itp. i jest biznes. Mały zachwycony, dotychczas widział samoloty jako abstrakcyjne ruchome punkciki na niebie, a tu mijało go co chwila cos tak potężnego.Pośród smieci oczywiście pełno butelek po różnych alkoholach, jakoś sporo po meksykańskich piwach Desperado. Pomyślałam, że to nie dziwne, patrząc na te piękne maszyny nie sposób nie myślec o podróży. Wycieczka to była nieco absurdalna, ale na prawdę warto, szczególnie mieszkajac w Warszawie i mając dziecko. Albo wolną ciepłą, letnią noc, i kierowcę, który o północy zawiezie upojoną piwkiem i samolotami żonę i matkę do domu, w którym nie ma dziecka, oddanego w lizing do babci. Lato, czekamy na Ciebie!
sobota, 28 lutego 2009
To i owo
Zaliczyliśmy z synkiem szpital, prawie 10 dni. Dziecko teraz nerwowe, ja słabiutka, bo odbyłam walke z rotawirusem. Dołek jest, siedzę w nim dalej, nic nie poradzę. Wymyśliłam, że zaoszczędzę trochę pieniędzy i zwieje stąd na chwilę, tydzień, gdzieś w góry, a tu moja Mama posiedzi. Zawriuję chyba inaczej. Weszłam dzisiaj na jakiś blog a tam zdjęcia z Karkonoszy. Ja też chcę!!!Ten plan także mnie nie cieszy, ale może cos dobrego taka wycieczka zrobi dla zmęczonej głowy. Właśnie przyszedł ze spaceru mąż z wyjącym synkiem, i o dziwo, biedny tata nie wytrzymał i wrzasnął na Grochowatego. A więc nie tylko ja nie jestem święta. W tym wszystkim jest jeden plus-moze przez rota trochę schudłam.
czwartek, 12 lutego 2009
Dół i Góra.
Nie pisałam długo, bo odwiedził mnie Pan Dół. Nie chcę pisać wtedy, kiedy mam tego niesymatycznego gościa, bo potem, kiedy będę wracać do starych czasów(bo tak na prawdę chyba to jest główną przyczyną założenia bloga) ten smutek , może mała jego część wróci do mnie, a po co? Wchodzę teraz spokojnie i powoli na Górę, jeszcze nie jest tak, jak powinno, ale, tak, tak, o niebo lepiej. Chodzi o to, że mam lekko niepełnosprawne dziecko, Tatę prawie już niewidomego, Mamę leczącą się na depresję i siostrę nie mogącą mieć dzieci. Przeważnie radzę sobię jakoś, ale to dosyć krucha równowaga,niestabilna. Staram się doszukać w tym jakiegokolwiek sensu dla nas wszystkich, po co to? Dobrze, że nie ma tu dosłownego, fizycznego cierpienia, bólu. To wszystko zbierało się przez kilka ostatnich lat, jakoś tak walnęło w 2008, okazało sie co to Mały ma za chorobę, Tata, Mama, siostrze dwa razy nie wyszło in vitro. I ja się posypałam, ze smutku chyba, nigdy nie chorowałam. Żeby wchodzić spokojnie na Górę, muszę pozostawic trochę ciężarów, i zostawię je sobie tutaj, wpuszczę do bezkresnego oceanu internetu jako flądry, które są paskudne i nigdy nie opuszczaja Dna. A więc rada: jeśli odwiedzi was Pan Dół, namówi na to, żeby penetrować Dno, np. w celu zapoznawania sie z flądrami, musicie miec specjalny ekwipunek i duuuże zapasy tlenu. Żeby tam nie zostać na zawsze. Oczywiście najmądrzejszym sposobem na flądrę jest wykorzystanie jej, nalezy taką podstępnie złapać, utłuc, usmażyć i zjeść. Pan Dół odchodzi wtedy, jak, posługując się nadal porównaniem gastronomicznym, niepyszny. Jako osoba spod znaku Ryb wiem cos o tym;)
czwartek, 15 stycznia 2009
Wszystkie nasze dzienne sprawy.
Kiedy chcę sprawdzić, czy wędlina, która kupiłam nadaje się do jedzenia, robię tzw.test na kota. Aby zrobic ten test, trzeba mieć kota typu"kobieto, dawaj jeść" i wyżej wspomniany wyrób wędliniarski. Jeśli kot odmówi, pomimo całodobowego, utrzymującego sie w stopniu stałym zapotrzebowania na pokarm, wiem, że to pożywienie jest naciagane. Kot odmawia jedzenia parówek, pasztetowej, "pieczeni szefowej" z pobliskiego, lokalnego zakładu garmażeryjnego i kilku innych specjałów. Ja ulegam słabościom, lubię pasztetową, ale już dziecku nie daję, kot wyraźnie mówi"nie jedz". Kotka Lotka spędziła dziś całą noc na dworze.Po powrocie zjadła porcję, jaka powinna starczyć na dwa dni, dokładnie się umyła ,teraz leży na najcieplejszym kaloryferze w domu, i albo coś z moja głową nie tak, albo ona się najnormalniej w świecie uśmiecha. Dzidzio chodzi. Nieśmiało, niepewnie ale jednak.Po tym, co przeszedł i co się mogło stać...Dziękuję. Robię plakat dla forum wcześniak. Musi dobrze wyjść, musi wzbudzać zaufanie i dawać nadzieję.Będzie powieszony wszędzie tam, gdzie leżą wcześniaki a nad nimi godzinami przesiadują ich przerażeni rodzice,czyli w całej Polsce.Ma zachęcać do odwiedzenia forum wcześniak.gazeta, to forum jest kopalnią wiedzy, doświadczenia, nadziei i zwykłego, ludzkiego ciepła.Ufff, duża odpowiedzialność, ale MUSZĘ sobie poradzić. Założyłam karmnik dla ptaków, z plastikowej butelki pięciolitrowej. Paskudny, ale działa, chroni przed śniegiem i wiatrem. Od wczoraj musiała pójść wśród ptaków fama, że tu i tu jest niezła wyżerka, bo coraz ich więcej. Koty siedzą za szybą, cichutko poszczekują i ogony im drżą.Pieszczochy z nastroszonymi wąsami i wielkimi źrenicami. Kiedyś Mironek przyniósł jeszcze żywego, młodegoto wróbla i musiałam go dobić cegłówką. Przynosi ofiary i wkłada je nam do butów.Dlatego kotów w dzień nie wypuszczam,to czas działalności ptaków, a teraz nie jest im łatwo. Upiekłam ciasto z czarną porzeczką. Proporcje mi się pomieszały i jest to raczej czarna porzeczka z ciastem, kwaśniutkie, psiakrew, ale ze słodką cherbatą jakoś da radę.Mówię sobie, że ma przynajmniej dużo witaminy C. Nasza choinka wyglada jak rekwizyt z filmu katastroficznego, ale żal rozebrać.Czasem w domu jest tak cicho, że słychać delikatne"szszsz" spadajacych igieł.
poniedziałek, 22 grudnia 2008
Chorość
Ogarnęła mnie chorość. Gardło zamieszkały bakterie, zamieniając w warunkach beztlenowych zdrową tkankę w ...fuj.A miało być tak pięknie, mieliśmy dziś ubierać choinkę, którą własnoręcznie kupiłam i przyniosłam, miałam posprzatać do końca po kolacji przedświątecznej, wydanej dla znajomych, miałam z małym lepić ciasteczka na tą właśnie choinke i wieszać, i MIAŁAM IŚĆ DO FRYZJERA I ZUPEŁNIE ZMIENIĆ WSZYSTKO. Z długowłosej, obsmyczonej szarej myszy przemienić się w wdzięczną, kędzierzawą sitidziewczynę. I nic z tego. Moje bakterie, tkwiące na posterunku wyczuły ten jeden, jedyny momencik, kiedy skacowana, z totalnym niedoborem wit.C piłam nad ranem lodowaty sok z czarnej porzeczki(ach, te śledzie...) i idealnie wskoczyły w moment. Bakteria-czujka podała sygnał"obniżona odporność jeeest" i reszta zrobiła co trzeba. Mały został wywieziony do babci Te, na szczęście, bo poranek z nim i bólem gardła, i wszystkiego zresztą był niewesoły. I siedzę tak sobie teraz w tym burdelu, nie umyłam sie nawet, nie ubrałam przyzwoicie, na skórze mam lepkość choroby, palce zimne i wilgotne. Skłotmama. I oczywiście w tym momencie musiał przyjść sąsiad. Fajnie, bo przyszedł złozyć życzenia, bardzo miło mi sie zrobiło. Mieszkamy tu niedługo i to chyba dowód sympatii. Cóż, trudno, jestem, jaki jestem, jak to mówił swego czasu Michał Wiśniewski. Cudny jest ten deszcz. Na święta to wymarzona pogoda. Zwierzątka tak się cieszą. Wchodzą i wychodza, a na kosmatych łapkach wnoszą błotko i inne takie. Koty odsypiają poźniej dyskomfort okropnych warunków polowych na kaloryferach, a pies w kuchni, puszczając bąki, bo dostał od sasiada skóry z wędzenia szynek i boczków. Małego roznosi, bo nie wychodzi na spacer, i , znudzony mną, próbuje zająć się sam sobą, co jest śliczne, ale i niebezpieczne dla niego, jako że on nie wie, że jeszcze czegoś nie wie.Tak bym chciała jutro się już lepiej czuć i zabrać go do domu,ubrać tą choinkę, i zrobic te ciastka. I patrzeć, jak się dziecko cieszy drzewem w domu. I żeby płatki miękkiego, czystego śniegu w ciszy uderzały o szyby, żeby w nocy było różowo od bieli. No co?
środa, 17 grudnia 2008
Ale jestem durna.
Ale jestem durna. Stara a głupia. Dziś, kąpiąc sie, oczywiście w asyście synka coś mnie podkusiło i zanurzyłam się cała, puszczając ustami powietrze. Spod wody usłyszałam okropny płacz, wynurzyłam się i zobaczyłam, że moje dziecko patrzy na mnie z przerażeniem. Spróbowałam coś powiedzieć, ale mały rozbeczał sie jeszcze bardziej. Tak stało biedactwo a oczy miało pełne strachu. Jakby zanurzyła się mama, a wypłynał Obcy. Miałam odruch, żeby zobaczyć w lusterku, czy z moją twarzą wszystko dobrze. Czy z nosa nie leci krew, czy oczy nie zmieniły koloru na zupełnie czarne. Sama wpadłam na chwile w panikę. A jak doszło właśnie do przeistoczenia w COŚ? Groch uciekł, raczkując tyłem i rycząc, zwrócony przodem w moją stronę, w stronę wroga i zanim się wytarłam i wyszłam z łazienki już sasnął , ściskajac kurczowo swój kocyk. Oby było jak dawniej, kiedy się obudzi. Ja w lustrze widzę siebie, ale różnie to bywa...A co, a co...
|